Hokej na ŚwiecieWywiadyMarcin Nyckowiak: myślę, śnię i wyrażam emocje po polsku

2020/12/07by Mateusz Gotz

Marcin Nyckowiak swoje największe hokejowe sukcesy święcił jako zawodnik w Polsce, za czasów potęgi Grunwaldu Poznań. Następnie swoich sił próbował z sukcesami jako zawodnik w Bundeslidze, aby ostatecznie związać swoje życie z Austrią, gdzie wraz z Tomaszem Szmidtem prowadzi reprezentację seniorów tego kraju. W rozmowie z Prohokejem „Nyko” opowiada o swojej karierze, funkcjonowaniu w Austrii i wielu ciekawych kwestiach, związanych z hokejem.

– Znamy już austriacką historię Tomka Szmidta i australijską historię Alka Korcza. Wypada więc tym tropem spytać jak doszło do tego, że Ty związałeś swoje życie z Austrią?

– Po szesnastu latach spędzonych w ukochanym Grunwaldzie Poznań postanowiłem coś zmienić i wybrałem się za namową mojego Taty i Karola Podżorskiego do Niemiec, grając ponad 4 lata w Rheydter SV, razem z Karolem, Piotrem Mikuła, Tomkiem Szmidtem, Marcinem Pobutą i Mariuszem Gromadzkim. W letnie wakacje 2004 roku zadzwonił do mnie Tomek Szmidt, który rok wcześniej wyjechał z Mönchengladbach do Wiednia powiedział: Nyko przyjeżdżaj do Arminen Wiedeń, trzeba ruszyć austriacki hokej, jest tutaj dużo roboty do zrobienia. Zarówno jako zawodnik, ale też jako trener. Tak znalazłem się razem z całą rodzina w Austrii. W tym roku minęło już 16 lat i śmiało możemy powiedzieć, że znaleźliśmy tutaj nasz drugi dom.  

– Przed Austrią w swojej karierze miałeś jednak także etapy w innych miejscach, przede wszystkim w Polsce. Myślę, że warto szczególnie nieco młodszym naszym czytelnikom przybliżyć jak Twoja kariera przebiegała, jakie miałeś hokejowe osiągnięcia?

Piękne lata! Oczywiście mój Grunwald i cała nasza drużyna! Zacząłem trenować w Grunwaldzie w 1984 roku. Jak wszyscy z tego złotego pokolenia trafiłem pod skrzydła trenera Henryka Zielazka, który jak nikt inny wiedział jak przekazać nam pierwsze szlify hokeja. Później były wszystkie etapy szkolenia, przez drużyny młodzieżowe i juniorskie, aż do zespół seniorów Grunwaldu, prowadzony przez trenera Mariusza Kubiaka, a następnie Jerzego Jóskowiaka. Nie wolno tutaj również zapomnieć o trenerze Jerzym Czajce, który prowadził nas bezpośrednio w drużynach juniorskich, zanim stopniowo trafialiśmy do seniorów. Niesamowicie charakterny trener ze swoimi zasadami, bardzo mile wspominam spędzone z nim lata. Myślę, że to dzięki jego metodom potrafiliśmy bezboleśnie przejść z wieku juniora do seniora, byliśmy gotowi wejść w dorosły hokej.

Pamiętam taka sytuacje boiskowa, związana z trenerem Czajką: mecz juniorów, biegają młode 17-18 letnie gwiazdy Grunwaldu i nic im nie wychodzi, a do tego maja pretensje do całego świata, sędziów i przeciwników, że tak właśnie się dzieje. Trener Czajka zdejmuje nas jeden po drugim z boiska i sadza na ławce, ale nie wprowadza nikogo w zamian. Siedząc na ławce podnoszę głowę, a na boisku jest nas siedmiu plus bramkarz! W tamtych czasach była to minimalna dozwolona liczba zawodników na boisku. Jeśli któryś z nas dostałby kartkę, choćby zieloną, sędzia przerwałby mecz i odgwizdał walkower dla przeciwnika. Nasz trener ze stoickim spokojem i pełną świadomością prowadził mecz dalej, a my w stresie obgryzaliśmy paznokcie na ławce rezerwowych. Stres, że przegramy mecz był tak duży, że zaczęliśmy sami przepraszać i prosić trenera, aby nas wpuścił na boisko. Przetrzymał nas tak dobrych 10 minut! Zlitował się w końcu, a my znów cieszyliśmy się grą.

Moim skromnym zadaniem to przede wszystkim trenerowi Kubiakowi zawdzięczamy to, co każdy z nas, generacji Sydney 2000, w hokeju osiągnął. Fanatyk hokeja, dla którego nie było rzeczy niemożliwych. To dzięki niemu mogliśmy jak równy z równym grać z potęgami hokeja, pod koniec lat 90-tych i na początku obecnego wieku. Jurek Jóskowiak przejmując schedę po trenerze Kubiaku, zmienił trochę metody, stawiał na spokój, rzetelną analizę i dawał nam grać. Mieliśmy więcej swobody na boisku niż za czasów Mariusza Kubiaka. Właśnie ta wymieniona grupa trenerów miała największy wpływ na mnie jako zawodnika i później trenera. Miałem też przyjemność być podopiecznym trenerów: Czajki, Kubiaka i Jóskowiaka w dorosłej reprezentacji Polski.

 Ale miało być też o sukcesach, z drużyną seniorów Grunwaldu. Zdobyłem od roku 1992 do 2000, sześć tytułów Mistrza Polski na trawie i dwa w hali. Dobre wyniki były nie tylko na podwórku krajowym. W drugiej połowie lat 90-tych graliśmy też o czołowe lokaty w Pucharach Europy. Były to czasy gdzie drużyny klubowe na przykład z Belgii nie stanowiły dla nas problemu. Całkiem niedawno pisałeś też o naszym Pucharze w Anglii. 

W dużym stopniu o sile tamtej drużyny stanowili wychowankowie trenera Zielazka ale również koledzy którzy dołączyli do nas z innych klubów (m.in. Robert Grzeszczak, Artur Mikuła, Tomasz Spałek, Mariusz Chyła). Szybko się zintegrowali i byli pełną gębą Grunwaldowcami. To była niesamowita mieszanka wybuchowa doświadczenia i młodości, która nie tylko na boisku funkcjonowała rewelacyjnie, ale również poza nim. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu i jest teraz co wspominać. Mamy cały czas kontakt ze sobą. W dobie pandemii kontaktujemy się wirtualnie, po takiej kilkugodzinnej rozmowie mięśnie brzucha, oczywiście od śmiechu bolą przez parę dni. Planujemy niedługo spotkanie po latach. Oczywiście na Promienistej. Trzeba nas po świecie pozbierać i wówczas dojdzie ono do skutku. Miło będzie powspominać.

W reprezentacji Polski wystąpiłem łącznie z rozgrywkami w hali około dwustu razy. W latach 1992-2004 spędziłem na wszelkiego rodzaju turniejach, obozach i przygotowaniach do startów ogromną ilość czasu, ale był to czas dobrze wykorzystany, z którego do dziś czerpię korzyści. Największym sukcesem był srebrny medal na Mistrzostwach Świata w hali, w 2003 roku, podczas turnieju w Lipsku. Byłem na turniejach mistrzostw świata, Europy, eliminacji do eliminacji, ale najważniejsza impreza mnie ominęła.

Czas w reprezentacji to historia na większy artykuł. Śmiem twierdzić, że to materiał na dobrą sportową książkę. Zbierając informację od reprezentantów z tamtego czasu, na pewno wyszłoby coś ciekawego.

– Jesteś już od lat bardzo silnie związany z Austrią.  Alek Korcz powiedział nam w wywiadzie (do przeczytania tutaj), że po kilku latach zaczął mieć „sny” po angielsku -faktycznie od kilku osób słyszałem, że jeżeli zaczynasz już myśleć i śnić w danym języku, to przedstawiłeś się do nowego otoczenia całkowicie. Ty śnisz i myślisz już po niemiecku?

Kilka lat temu moja Mama też zadała mi to pytanie. Odbieram to jako sprawę indywidualną, to jest kwestia otoczenia i koncentracji. Moja żona Aga, synowie Marcin i Mateusz są Polakami i w domu zawsze rozmawiamy po polsku. Chłopaki wtrącają czasem coś po niemiecku, ale nie psuje to całości. Bardzo zależało nam z żoną na tym, aby nasi synowie potrafili porozumiewać się w ojczystym języku, chociażby rozmawiając z dziadkami przez telefon. Jest im to też bardzo przydatne w czasie spotkań Polska-Austria.

Jeśli chodzi o mnie, potrafię lawirować między językami bez problemu. Rozmawiam na treningu lub meczu z Hansem (Tomasz Szmidt – przyp. red.) i Sarną (Dariusz Rachwalski – przyp. red.), a po sekundzie przekazuję jakąś informację zawodnikom po niemiecku. To jest kwestia koncentracji i chęci. Zawsze uważałem, że każdy nowy przyswojony język to dodatkowe wykształcenie. Obecnie uczę się chorwackiego.

Myślę, śnię i wyrażam emocje po polsku.

– Współpracujesz z austriackimi kadrami, Twoi synowie już dla Austrii grają – zostaliście przyjęci chyba przez ten kraj w bardzo dobry sposób?

– Ze związkiem austriackim pracuje już od 2009 roku. Wszystko zaczęło się od reprezentacji kobiet i U21 kobiet, następnie zaangażowałem się w grupy juniorskie chłopców. Kolejno U14, U16 i U18, a od końca 2017 roku pomagam Tomkowi Szmidtowi, jako asystent w dorosłej i młodzieżowej kadrze mężczyzn.

Nasza współpraca układa się świetnie. Już po kilku miesiącach zdobyliśmy z reprezentacją Austrii mistrzostwo Europy w hali, a po upływie miesiąca dołożyliśmy tytuł halowych Mistrzów Świata. Hans zawsze powtarza ,że robimy to razem i nie ma podziałów na trenera głównego czy asystenta, ale nie do końca tak jest, gdyż wiele rzeczy Hans lubi robić sam, aby mieć pewność, że niczego nie przeoczył.  Tym bardziej cieszę się, że obdarzył mnie takim zaufaniem i mogę brać udział w czymś tak wymagającym, jak prowadzenie reprezentacji kraju. Nie jest to łatwa sprawa. Mamy bardzo silną grupę chłopaków którzy już w hokeju sporo wygrali, ale całkiem milo jest prowadzić takich zawodników jak Benny Stanzl, który z piłką potrafi zrobić dosłownie wszystko i wymaga od siebie bardzo wiele.

Moi synowie posiadają podwójne obywatelstwo. W Wiedniu się wychowali, tu mają przyjaciół, z którymi grają w klubie i w juniorskich reprezentacjach. Zdobyli już medale mistrzostw Europy U16 i U18 dla Austrii. Pozostawiam jednak decyzje gdzie chcą grać w przyszłości im samym. Czy w dorosłym hokeju będzie to Austria, czy Polska – czas pokaże. 

Marcin Junior Nyckowiak - fot: Norbert Grüner
Marcin Junior Nyckowiak – fot: Norbert Grüner,
Mateusz Nyckowiak - fot: Norbert Grüner,
Mateusz Nyckowiak – fot: Norbert Grüner,

Jak już wspomniałem Austria jest naszym drugim domem, czujemy się tu świetnie i spotkaliśmy dużo życzliwych ludzi. Mamy wśród Austriaków wielu przyjaciół i pewnie zostaniemy już tutaj na stale.

Lubię przytaczać wypowiedź Prezesa Austriackiego Związku Hokeja na Trawie, który kilka lat temu powiedział: „Polacy uratowali austriacki hokej”. Cieszę się, że tyczy się to również mnie.

– Ludzie lubią gdy opowiada się anegdoty i śmieszne historie – czy Ty kojarzysz jakieś w związku z Twoimi hokejowymi podróżami, czy chociażby początkiem funkcjonowania w nowych krajach?

Było tego co nie miara! Opowiem historię z czasów Grunwaldu. To była walka o mistrzostwo Polski 1999, między Grunwaldem, a Pocztowcem. Na boisku 90% zawodników reprezentacji Polski. Wszystko na zasadzie „Best-of-Five”. Wygrywasz trzy mecze i świętujesz mistrzostwo. Przy stanie 2:1 w meczach dla Grunwaldu, pojechaliśmy na mecz numer 4 do Gniezna, chcąc za wszelką cenę rozstrzygnąć go na nasza korzyść. Także dlatego, że wieczorem mamy zaproszenie całą drużyną na wesele naszego kolegi z zespołu. Przegrywamy po karnych i za dwa dni musimy grać o wszystko!

Co robić. Nici z zabawy za mistrzostwo i nici z wesela. Trener daje się ubłagać i jedziemy tylko złożyć gratulacje, wznieść toast i do domu.  Oczywiście nic z tego nie wyszło. Bawiliśmy się w najlepsze w remizie strażackiej, w słynnej z hokeja miejscowości niedaleko Gniezna, grubo ponad wyznaczony czas powrotu do klubowego autobusu. Po długich poszukiwaniach poszczególnych zawodników wróciliśmy do Poznania.

 Na drugi dzień zebranie kryzysowe w siedzibie Grunwaldu. Trener nas zrugał i nawet myślał o podaniu się do dymisji. Wysłuchaliśmy pokornie wykładu o braku profesjonalizmu, przeprosiliśmy i na drugi dzień wygraliśmy decydujący mecz 3:0! To była charakterna drużyna.

– Z perspektywy czasu masz jakiś element żalu do Polski, że nie mogłeś tutaj rozwinąć w pełni swojej hokejowej kariery czy życia?

– Wszystko co w hokeju osiągnąłem jako zawodnik zawdzięczam Polsce. Również po wyjeździe z Polski czerpałem profity z tego,  czego nauczyłem się w naszym kraju. Dlatego wolę sięgać pamięcią po mile przeżycia i sukcesy, niż rozpamiętywać te rzeczy, które się nie udały. Jest jedna rzecz. Igrzyska Olimpijskie Sydney 2000. Mam żal do ówczesnego trenera (Jerzy Wybieralski – przyp. red.), że nie dał mi szansy choćby jednego dnia treningów, możliwości pokazania się przed turniejem, zanim podjął decyzję o nominacjach. Grałem wtedy już za granicą i miałem za sobą świetny sezon, a tu nic. Nie było nawet jednej małej rozmowy. Podglądałem kolegów trenujących na obiekcie AWF-u i było mi źle. Starsi koledzy sugerowali trenerowi danie mi szansy, ale był nieczuły na ich sugestie. Śmiem twierdzić z perspektywy czasu, ze to nie trener wybierał reprezentacje olimpijską, a człowiek który rządził i dzielił w tamtych czasach w Polskim Związku Hokeja na Trawie. 

Po Sydney reprezentację przejął Jurek Jóskowiak i znów się w niej znalazłem. W 2004 roku graliśmy w Madrycie eliminacje do igrzysk olimpijskich w Atenach. ale nic z tego nie wyszło. Zabrakło nam takich doświadczonych zawodników jak Robert Grzeszczak i Tomek Szmidt.

– Współpracujecie w jakiś sposób na płaszczyźnie hokejowej z Polską? Wiem, że te kontakty są dość mocne z Siemianowicami Śląskimi, czasem na turniejach pojawia się Grunwald, kiedyś Pocztowiec…

– Największy kontakt mam z Darkiem Rachwalskim. Do niedawna pracowaliśmy razem w jednym klubie i widywaliśmy się praktycznie codziennie. Teraz rozmawiamy przy okazji meczów pomiędzy naszymi drużynami, ale także telefonicznie. Darek z racji pełnionej funkcji trenera reprezentacji jest kopalnią informacji i nieraz służy pomocą przy organizacji praktycznie wszystkiego, co z hokejem związane. Pozostaje również w stałym kontakcie z Krzyśkiem Rachwalskim, u którego mogę zawsze liczyć na wszelaką pomoc.

Stałym gościem tradycyjnego turnieju noworocznego Arminen Wiedeń był przez lata Pocztowiec Poznań, a  w zeszłym roku mogliśmy zmierzyć się w tym turnieju z Grunwaldem.

– Pytanie o hokej światowy. Czy uważasz, że władze europejskiego i światowego hokeja robią wszystko co jest możliwe, aby nasza dyscyplin miała odpowiednią pozycję w świecie? Już wyjaśniam o co mi chodzi. Jesteśmy jedną z najpopularniejszych dyscyplin świata – głównie dzięki Indiom, a czasem odnosiłem wrażenie, będąc na turniejach EHL w Holandii czy Belgii, że łagodnie mówiąc trybuny nie są wypełnione po brzegi, masz podobne odczucia?

 – Ciężko mi się do tego odnieść gdyż koncentruję się bardziej na szkoleniu, ale w Europie mecze końcowe, te o medale, przyciągają więcej kibiców niż grupowe. Na turniejach odbywających się w Holandii lub Belgii prawie za każdym razem drużyna gospodarzy gra o najwyższe cele i wtedy ta frekwencja jest też większa. W tych krajach wygląda to i tak lepiej niż dobrze, porównując z Austrią czy Polską, gdzie na trybunach zasiadają rodziny i przyjaciele. W związku z tym potrzeba ciągłej reklamy naszej ukochanej dyscypliny.

fot: Norbert Grüner,

Komentarze

Mateusz Gotz

Pasjonat hokeja, który w hokeja zaczął grać bardzo późno z marnymi efektami. Sokół Warszawa, Lipno Stęszew. Twórca największego portalu o hokeju na trawie w Polsce czyli... Prohokej.pl.

REKLAMA

Komentarze

o Prohokej

Prohokej.pl logo

Prohokej.pl to pierwszy portal na temat hokeja na Trawie w Polsce, który sukcesy świecił na początku XXI wieku. Po kilku latach przerwy wracamy w nowej odsłonie, aby popularyzować nad Wisłą tę piękna dyscyplinę sportu.

REKLAMA

Prohokej © 2020. Wszelkie prawa zastrzerzone