Hokej na ŚwiecieNa luzieWywiadyAustralian Story olimpijczyka z Sydney

2020/12/02by Mateusz Gotz

 

Aleksander Korcz, podobnie jak wielu innych reprezentantów Polski, po IO w Sydney w 2000 roku postanowił wyjechać z kraju i szukać sportowego i prywatnego szczęścia gdzie indziej. Jako jedyny wybrał jednak kierunek bardzo odległy – Australię. O swoim życiu na Antypodach opowiedział nam w długim wywiadzie.

– W którym momencie wiedziałeś, że zwiążesz swoją przyszłość z Australią?

– Po obozie w 1999 roku, gdy przyjechaliśmy do Adelajdy na obóz poprzedzający turniej kwalifikacyjny do IO, nie ukrywam że podobnie jak większość kolegów, zakochałem się w tym kraju. Była nawet propozycja pozostania, ale turniej w Osace, z którego uzyskaliśmy kwalifikację do IO w Sydney, spowodował, że nikt nie był na tyle odważny, aby rozpocząć tu nowe życie. Po powrocie do Polski po IO wiedziałem, że potrzebna mi zmiana i chcę spróbować czegoś nowego. Otrzymałem sporo ofert, ale jedna z nich była właśnie z Australii. Podjęcie decyzji zajęło mi kilka sekund. Trzy miesiące po pierwszej rozmowie siedziałem już w samolocie. Początkowo pobyt był planowany na kilkumiesięczny kontrakt w Seacliff Hockey Club, jednak zdecydowałem się na jego przedłużenie.

Po tym czasie zobaczyłem, że pasuje mi tutejszy styl życia, żyje się dużo prościej i chciałbym tutaj zostać i założyć rodzinę. Pasował mi też łagodniejszy klimat, bliskość oceanu, lasu. Również kultura australijska okazała się dla mnie czymś bardzo ciekawym. To wszystko ułatwiło mi podjęcie ostatecznej decyzji. Zacząłem ubiegać się o wizę stałego pobytu i gdy to się udało wiedziałem, że mogę tu już zostać. Z wizą stałą wystarczy co pięć lat przyjść po odpowiednią pieczątkę, więc można w uproszczeniu powiedzieć, że to prawie jak obywatelstwo. Proces był dla mnie stresujący, ale mimo wszystko łagodny i szybki, ze względu na to, że potraktowano mnie jako sportowy talent. Po roku stałego pobytu otrzymałem australijski paszport.

Igrzyska Olimpijskie w Sydney, których byłeś uczestnikiem były dla polskiego hokeja doświadczeniem, do którego wracamy nawet po 20 latach, bo po nim polski hokej nie odniósł już tak dużych sukcesów. Pamiętasz proces kwalifikacji do tego turnieju? Co utkwiło się najbardziej w pamięci z samych rozgrywek w Australii?

– Wow… to było trochę dawno, ale spróbujemy. Kwalifikacje były dla nas długie i rzetelnie przygotowywaliśmy się do tego celu. Można praktycznie powiedzieć, że to nie był czteroletni, a ośmioletni cykl przygotowań. Bodajże po Mistrzostwach Europy we Włoszech nastąpiła zmiana trenera. Mariusza Kubiaka na Jerzego Wybieralskiego. W mojej opinii to było bardzo dobre posunięcie Polskiego Związku Hokeja na Trawie. W żaden sposób nie umniejszam tutaj trenerowi Kubiakowi, bo uważam, że był jednym z najlepszych trenerów, z jakimi miałem okazję współpracować, ale byliśmy chyba nieco przemęczeni. Z perspektywy czasu uważam, że za dużo koncentrowaliśmy się na niektórych sprawach. Nie reagowaliśmy taktyką z meczu na mecz. To na początku przynosiło efekty, ale potem zaczął się czas analiz wideo. Staliśmy się łatwi do rozszyfrowania. Zmiana trenera okazała się rozsądna. Trener Wybieralski prezentował inne podejście. Był spokojniejszy. Przejął nas krótko przed olimpiadą i grupa odżyła. Mieliśmy więcej luzu poza hokejem, w czasie treningu i meczu. Wydaje mi się, że sukces w Osace należy przypisać obu trenerom. Trenerowi Kubiakowi za poświęcony nam czas, za przygotowanie nas, za serce do hokeja i przekazywane nam treści. Czasem zastanawialiśmy się podczas spotkań „co on do nas wygaduje?!”, ale z perspektywy czasu to były fantastyczne rozmowy, przeżycia i przygotowanie mentalne. Taktycznie jednak stanęliśmy w martwym punkcie i tutaj pojawił się trener Wybieralski. W Osace byliśmy świetnie przygotowani. Rozbiliśmy Nową Zelandię, Anglię, byliśmy blisko z Koreańczykami. Kwalifikowało się sześć zespołów. Zespół był świeży i wszystko w Japonii zagrało.

Jeśli chodzi o sam turniej w Sydney, na pewno byliśmy nieco zawiedzeniu miejscem, które zajęliśmy. Nie odzwierciedlało ono naszej formy i postawy w Australii. Po dwudziestu latach mogę powiedzieć chyba także w imieniu chłopaków, że po zremisowanym meczu z Indiami siedliśmy psychicznie. Byliśmy bardzo blisko czołowej szóstki, ale coś w nas pękło. Nie było nikogo, kto by wstał w szatni, wziął grupę razem, powiedział: „stało się, ale walczymy dalej”. Walczymy o jak najwyższą lokatę. Po tym meczu przegraliśmy wszystkie spotkania z drużynami, z którymi wygrywaliśmy bez problemu, jak Malezja czy Kanada. Wcześniej zyskaliśmy taką pewność siebie, że przed meczami z wymienionymi rywalami zadawaliśmy sobie pytanie: „jak wysoko wygramy”?. Tam przegraliśmy.

Mecz z Hiszpanią - fot: zbiory prywatne Aleksandra Korcza
Mecz z Hiszpanią – fot: zbiory prywatne Aleksandra Korcza

 

zdjęcie z Robertem Korzeniowskim - złotym medalistą IO w chodzie sportowym - fot: archiwum Aleksandra Korcza
zdjęcie z Robertem Korzeniowskim – złotym medalistą IO w chodzie sportowym – fot: archiwum Aleksandra Korcza

Gdybyśmy mogli cofnąć się w czasie na pewno wyglądałoby to inaczej, ale to niemożliwe. Zresztą to nie tyczy się jedynie hokeja, a każdej dziedziny życia. Z perspektywy czasu można zauważyć, że małe detale mogą zaważyć o sukcesie zawodowym, sportowym czy prywatnym. Igrzyska Olimpijskie będę pamiętał jednak do końca życia, ale obecnie są równie ważne rzeczy. Rodzina, praca. Sydney było miłą przygodą sportową, ale trzeba iść do przodu.

– Z historii od Ciebie wiem, że Twój przyjazd do Australii po IO w Sydney wiązał się z zabawnym z perspektywy czasu nieporozumieniem, związanym z początkowym brakiem znajomości języka angielskiego. Opowiesz tę historię?

– Jeszcze w Polsce chodziłem do liceum z rozszerzonym angielskim i znałem podstawy języka. Śmiesznych historii było sporo i nie o wszystkich mogę tutaj opowiadać (śmiech – przyp. red.). Chyba wiem jednak o czym mówisz. Na początku mojego pobytu otrzymałem klucz do klubu, aby trenować więcej niż tylko dwa razy w tygodniu. Zapomniałem jednak o alarmie, który się włączył i spowodował przyjazd policji. Musiałem się tłumaczyć niezbyt płynnym angielskim, bo pomyśleli że jestem włamywaczem. Zrobiłem to dwukrotnie, ale za drugim razem policja wiedziała już o co chodzi.

W Australii akcent jest jednak inny i przyznam, że doznałem szoku. Nie wiedziałem o co im chodzi. Na boisku było w porządku, ciężej było w codziennych kontaktach. Twardy, australijski akcent i skrótowe mówienie, bardzo popularne w Australii powodowało, że zwątpiłem w moją znajomość języka. Szczęśliwie teraz jest już w porządku! Po kilku latach zacząłem mieć angielskie sny, więc szybko się przełączyłem.

– Grając w Australii miałeś okazję grać w hokeja z najlepszymi zawodnikami świata, ale także Australijczycy docenili Twoje umiejętności zawodnicze i trenerskie. Jakie momenty hokejowe po 2000 są dla Ciebie najważniejsze?

– Grałem praktycznie z całą australijską elitą hokeja. Zarówno z nimi, jak i przeciwko nim. Jednym z moich dobrych kumpli jest Craig Victory – brązowy medalista IO w Sydney oraz srebrny medalista MŚ  w Kuala Lumpur (2002), Stephen Holt – kolejny brązowy medalista z turnieju w 2000 roku. Warto wspomnieć Granta Schuberta – złotego medalistę IO w Atenach. Graliśmy zarówno w drużynach halowych, jak i na otwartych boiskach podczas mistrzostw stanowych. Każda część Australii wystawiała swoją kadrę. Warto dodać, że w Australii nie ma czteroletniego cyklu przygotowań olimpijskich. Masz formę – grasz. Jest stała obserwacja trenerska i nawet nie wiesz, że możesz znaleźć się w kadrze. Ten system bardzo mi się podoba.

Dosłownie teraz powołano 27 osobową kadrę na obozie letnim reprezentacji Australii. Zespół rozegrał 3-4 mecze kontrolne i wyłoniono zawodników na IO w Tokio, o ile one w ogóle się odbędą.

Sukcesy? Kilka by się znalazło. W Polsce zawsze grałem na obronie i na pomocy, a w Australii postawiono na mnie z przodu. To zaowocowało. Trzykrotnie byłem królem strzelców ligi i w Halowych Mistrzostwach Australii zostałem wybrany najlepszym zawodnikiem i królem strzelców rozgrywek. Miałem propozycję gry dla Kookaburras podczas HMŚ w Lipsku, ale zdecydowałem że kariera zawodowa jest ważniejsza niż kariera hokejowa.  Jestem taką osobą, że nie przywiązuje do tego wielkiej wagi pomimo tego, że to były oczywiście bardzo miłe wydarzenia.

Jeszcze dwa lata temu grałem kilka meczów w pierwszej lidze, ale wydaje mi się to teraz niepotrzebne. 43-latek przeciwko osiemnastolatkom nie ma zbyt dużych szans. Nie zabierzesz im piłki od razu, to już ich nie dogonisz. W drugiej drużynie czułem się zdecydowanie lepiej.

Grałem z drużynach oldbojów. Po przerwie od hokeja na poziomie profesjonalnym, wziąłem na siebie ponownie sporo hokejowej pracy, ale funkcja wiceprezesa Seacliff i kilka innych obowiązków, spowodowały że postanowiłem zrobić przerwę od grania. Byłem również trenerem współpracującym pierwszego zespołu Seacliff i pierwszym trenerem zespołu stanowego. Prowadziłem również zespoły szkolne. Miałem okazję do pojeżdżenia i potrenowania w sporej części Australii.

Najbardziej cieszę się z tego, że mogę trenować obecnie dzieciaki. Mam własną szkółkę „Pitch Perfect Hockey Skills”. Zapraszam do niej zawodników z Premier League i razem robimy treningi dla dzieciaków, które potrzebują pomocy. Ostatnio spędziłem czas z Mattem Knowlesem i Jamie Dwyerem. Mają akademię, z którą jeżdżą po Australii i współpracowałem z nimi przez  dwa dni. Dzieciaki miały okazję spędzić czas na boisku i poza boiskiem ze złotymi medalistami IO. Oczywiście Jamie Dwyer to jak Michael Jordan hokeja na trawie, więc było to niezapomniane wspomnienie dla podopiecznych. To nie jest szkółka dla dziewczynek i chłopców, którzy już umieją grać i są w kadrach stanowych. To specjalne treningi dla tych, którzy muszą otrzymać pomoc w poprawieniu swoich umiejętności. Sprawia mi to wielką frajdę. Mogę mówić o niej godzinami!

Zacząłem koncentrować się na rodzinie i na życiu prywatnym. Poza szkółką, o której wspomniałem nie trenuję obecnie jako hokeista. Zapewne jeszcze wrócę do grania, ale obecnie napawam się przerwę, chociaż… nie…, skłamałem. Ze wspomnianym wcześniej Stephenem Holtem grałem troszkę na naturalnej trawie, bo organizuje tego typu zawody u siebie w okolicy. To dla mnie bardzo ważne wspomnienie, bo po raz pierwszy w życiu grałem w hokeja w jednej drużynie z synem! Warto wspomnieć, że mam czwórkę dzieci. Trzech synów i córkę, z których jestem bardzo dumny!

zajęcia w szkole Pitch Perfect Hockey Skills - fot: archiwum Aleksandra Korcza
zajęcia w szkole Pitch Perfect Hockey Skills – fot: archiwum Aleksandra Korcza

 

fot: prywatne materiały Aleksandra Korcza
fot: prywatne materiały Aleksandra Korcza

Mogę jednak zażartować, że obecnie życie bez hokeja jest lepsze niż z hokejem. Zajmuję się również innymi sportami. Staramy się żyć aktywnie. Dzieciaki uprawiają różne sporty, jak krykiet, skoki do wody, tenis stołowy czy gimnastyka.

– Mimo odległości utrzymujesz internetowe kontakty z kolegami z drużyny i środowiskiem hokejowym.  Z kim przyjaźnisz się najmocniej?

– Tak! To spora grupa osób! Mamy na Messengerze grupę z kolegami z Grunwaldu Poznań. Jest Marcin Nyckowiak, Marcin Pobuta, Tomek Spałek, Piotr Simon, Paweł Jakubiak, Tomek Dutkiewicz, bracia Choczajowie. Czasami spotykamy się na telekonferencji. Miło jest spędzić tak czas. Pogadać o głupotach, powspominać stare czasy, czy wypić wirtualne piwo. Oczywiście nie tylko z chłopakami z Grunwaldu mam kontakt. Najważniejsze, że wszyscy są zdrowi i uśmiechnięci.

Warto tutaj dodać, że podczas naszych rozmów zrodził się taki pomysł, do przemyślenia, że może warto by było zrobić mecz pokazowy „stary Grunwald”, kontra „stary Pocztowiec”. To były mecze na bardzo wysokim poziomie, elektryzujące ludzi. Fantastyczny poziom i walka. Taki mecz byłby dziś pewnie nieco wolniejszy, ale byłaby to wspaniała okazja do spotkania po latach z zawodnikami, kibicami i promocji hokeja oldbojów! Ja jestem otwarty, rzucam pomysł. Jak będzie inicjatywa, kupuję bilet i przylatuję!

– Czym zajmujesz się w Australii poza hokejem?

– Mam swoją firmę. To zakład produkcyjny. Produkujemy żywność dla sektora gastronomicznego. Eksportuję trochę do Singapuru. Jednym z moich większych klientów są Koleje Australijskie. Do tego lokalne puby, hotele. Covid troszkę w nas uderzył, ale zaczynamy się odbijać i nie jest źle. Trzeba było pozmieniać kilka rzeczy w firmie. Będzie lepiej! Pracuję kiedy chcę, ile godzin chcę, więc nie mam powodów do narzekania.

– Z perspektywy Australii obserwujesz także polski hokej. Jak oceniasz naszą obecną sytuację jeśli chodzi o rozwój dyscypliny, poziom sportowy, działania związku?

– To szerszy temat. Można powiedzieć, że temat rzeka (śmiech – przyp. red.). Ktoś kiedyś powiedział, że generacja Sydney 2000 została zaprzepaszczona (mówił to między innymi Tomasz Szmidt w wywiadzie dla Prohokeja, który znajdziecie tutaj – przyp. red.). Zgadzam się z tym w 100%. Wszyscy się porozjeżdżali. Australia, Belgia, Włochy, Niemcy, Austria. To, że Polski Związek Hokeja na Trawie „wypuścił” tylu ludzi, nawet bez zapytania o to, czy chcą być jakoś w hokeju zagospodarowani, to wielka szkoda. To strata zapewne dla tego pokolenia, które gra w kadrze. Nasze doświadczenia mogły się przydać i mieliśmy sporo do przekazania. Jest jednak jak jest.

Może to brutalne, ale kilka lat temu oglądałem w Internecie mecz kadry. Grało kilku znajomych z boiska, ale pamiętam że grali z jakimś niezbyt wymagającym rywalem. Wyłączyłem spotkanie w połowie. Wolałem jednak się wyspać. Brakuje nam sukcesów na boiskach otwartych. Po turnieju w Osace nie ma spektakularnego występu. Mieliśmy sukcesy w hali, ale prawdę mówiąc „hala jest halą i zawsze będzie halą”. To pewien ubogi kuzyn hokeja na trawie. Tak to mogę nazwać. To nie będzie sport olimpijski. Jest zainteresowanie, ale to nie przełoży się na prestiż tej odmiany hokeja. Ja uwielbiam grę w hali. Sport jest fantastyczny, ale jesteśmy w mniejszości. Na świecie to sport rodzinny, zabawa, uzupełnienie, forma przygotowań do sezonu trawiastego i poprawy umiejętności technicznych.

Ciężko rozmawia mi się o polskim hokeju. Nie chcę powiedzieć zbyt dużo. Warto jednak widzieć jednak szklankę do połowy pełną. Taki jestem. Mógłbym tutaj rozgrzebywać negatywne kwestie, ale to od razu kieruje myśli na złe kwestie, więc nie chcę się tak nastawiać. Jest jak jest, ale wydaje mi się, że teraz idzie ku lepszemu. Zaczynają się dziać fajne rzeczy i widzę, że coraz więcej osób zaangażowało się w pomaganie, w trenowanie. To bardzo mi się podoba! Gdy jest ruch i aktywność, to wiadomo że sprawy idą w dobrym kierunku. PZHT stał się aktywny i to przyniesie skutki. Śledzę social media Polskiego Hokeja i pozytywnie należy ocenić pracę z dzieciakami. To podstawa. Jest lepiej niż było i to należy stanowczo podkreślić.

Jeśli chodzi o kadrę seniorów, to Darek Rachwalski ma twardy orzech do zgryzienia. Podjął się ciężkiego zadania, ale jest pasjonatem z dużym doświadczeniem zawodniczym i trenerskim. Oby zaczął wyciągać polski hokej na lepsze pozycje. Warto jednak jasno to powiedzieć: nie będzie sukcesów kadry, bez sukcesów klubowych. Doświadczenia i nauki gry w hokeja nabiera się podczas treningów klubowych. W kadrze można otrzymać wiedzę i szlify dotyczące szczegółów i gry taktycznej, dopasowania do określonej pozycji, na jakiej zawodnika widzi trener.

Polskie kluby są niestety w wielkim dołku. Jak wspomniałem wcześniej, zaczęło się sporo dziać u najmłodszych, ale kilka lat temu powiedziałem, że potrzebujemy jeszcze wielu lat, aby wejść na szczyty. Przy obecnych trendach i fajnej grupie, która zajmuje się obecnie polskim hokejem, uważam że wrócimy do sukcesów, ale to jeszcze potrwa. Nie jest to jednak okres najbliższych 4-6 lat, ale jak to mówią „prove me wrong!” Obym się mylił! Jeśli mogę coś doradzić jako były wiceprezes klubu w Australii, należy mocniej wesprzeć kluby, okręgowe związki. Tam powstają talenty! Warto pokazać klubom jak zdobywać pieniądze na szkolenie.

Mam też swoją wizję rozwoju hokejowego klubu. W Australii początkowo się ze mną nie zgadzano, ale zespół poszedł w kierunku mojej koncepcji. Już wyjaśniam na czym ona polegała. Mamy 21 drużyn w Seacliff. Pierwsza i druga drużyna to około 70 osób mężczyzn i kobiet na najwyższym poziomie w klubie. Pewnego dnia powiedziałem, że nie może być sytuacji, w której zaledwie 3 osoby na 70 trenują zespoły juniorskie! Zaproponowałem prostą zasadę: chcesz grać w lidze na poziomie pierwszej drużyny, trenuj juniorów. Niekoniecznie na pełny etat. Wystarczy, że na 70 osób każdy zrobi cokolwiek, pokaże się w trakcie roku na kilku treningach juniorów. Drużyna to nie tylko gra, ale także rozmowa z dzieciakami, trening indywidualny, taktyczny, pomysłów jest mnóstwo. Może warto zaszczepić taką zasadę w polskim hokeju?

Pamiętam jak zaczynałem grę w Poznaniu. Wchodziliśmy na boisko jako dzieciaki, a gdy seniorzy schodzili z boiska, patrzyło się na nich jak na bogów. Dotyk czy uśmiech Leszka Henslera, Pawła Boguckiego, Mariusza Kubisiaka czy innych gwiazd, to było wspomnienie na długie dni! To się nie zmieniło. Dla dzieciaka hokeista pierwszej drużyny to autorytet!

– Żyjemy w takich czasach, że nie sposób o to nie zapytać. Jak życie Australijczyków determinuje obecnie COVID? Żyjecie w obostrzeniach czy wszystko toczy się normalnie? Co z hokejem?

– W południowej Australii przez 120 dni nie było żadnego przypadku, ale nie tak dawno pojawiło się 30 przypadków jednego dnia. Zamknięto nasz stan na 6 dni. Totalny lockdown. Po trzech dniach okazało się, że wszystko jest jednak pod kontrolą, nie ma nowych przypadków i zaczynamy otwierać. Maski nie są obowiązkowe, należy zachować odpowiedni dystans. Obostrzenia są jednak coraz luźniejsze. Hokejowe rozgrywki opóźniono dwa miesiące, ale wszystko na południu kraju wróciło do normy. Gorzej poradziło sobie Melbourne. Zachodnia Australia jest od marca praktycznie zamknięta. Warto tutaj wspomnieć, że każda część kraju działa jak odrębny kraj i obostrzenia mają różny poziom. Zachodnia część jest na przykład zamknięta od wielu miesięcy.

Dodam jeszcze, że w Australii jest inna mentalność. Jeśli rząd powie, że trzeba działać w taki, czy inny sposób, to ludzie się dostosowują. Nie ma negowania decyzji rządu.

Jeśli chodzi o kadrę seniorów, to trenowała w Perth, gdzie wybrano drużynę na IO w Tokio, o czym wspominałem wcześniej. Gorzej ze sparingami i meczami międzynarodowymi. Możliwy jest wylot do Nowej Zelandii i możliwe, że z nimi Australijczycy będą sparowali przed IO!

Komentarze

Mateusz Gotz

Pasjonat hokeja, który w hokeja zaczął grać bardzo późno z marnymi efektami. Sokół Warszawa, Lipno Stęszew. Twórca największego portalu o hokeju na trawie w Polsce czyli... Prohokej.pl.

REKLAMA

Komentarze

o Prohokej

Prohokej.pl logo

Prohokej.pl to pierwszy portal na temat hokeja na Trawie w Polsce, który sukcesy świecił na początku XXI wieku. Po kilku latach przerwy wracamy w nowej odsłonie, aby popularyzować nad Wisłą tę piękna dyscyplinę sportu.

REKLAMA

Prohokej © 2020. Wszelkie prawa zastrzerzone